środa, 2 lipca 2014

7 Księżyc 2 dzień

Był już wieczór. Ogromna, złocista tarcza słońca powoli chowała się za widnokręgiem. Leżałam na skale, w której znajdowało się leże watahy. Pięć metrów przede mną stał mój ojciec. Nieruchomo i z powagą patrzył na słońce zachodzące gdzieś daleko za koronami drzew. Moja siostra Giza siedziała koło niego i nic nie mówiąc obserwowała zachowanie ojca. A on milczał, i wciąż patrzył przed siebie z jakby smutkiem na swojej dumnej twarzy.
-Ojcze..- wyszeptała w końcu Giza. A on nadal stał bez ruchu. 
-Ojcze!- powiedziała po raz kolejny, tym razem nieco głośniej. Ortanus jakby otrząsną się z dotychczasowego odrętwienia i odrzekł.
- Tak Kochanie. Czy coś się stało?
- Nie, Tato... ale niepokoję się trochę o Ciebie? Ciągle patrzysz przed siebie, z taką zadumą i.... smutkiem. Czy coś się dzieje?
Ojciec zamkną oczy spuścił delikatnie głowę a następnie obrócił ją w stronę swojej córki...
- Posłuchaj, moja kochana.- rzekł troskliwie ale ciągle ze smutkiem- Patrzę tak w ten widnokrąg i w to zachodzące słońce i gdzieś w oddali widzę coś strasznego... Jakby powoli przyszłość mi się ukazywała...
- Tak?- odparła nieśmiało Giza- i co tam widzisz?
-Widzę... widzę tam coś strasznego, krew, ból, skowyt.... i śmierć. Śmierć tysięcy naszych braci...
Na twarzy Gizy natychmiast wymalowało się zmartwienie.
-Ojcze... jesteś pewny?- wyszeptała po chwili.
- Ahhh...- westchną smutnie Ortanus- Nie do końca. To całe widzenie jest jak zjawa senna, jak cienie które pojawiają się i znikają.... Nie wiem........ nie wiem co dalej się wydarzy. Ale martwi mnie przyszłość naszej watahy, i te przeczucia.
-Rozumiem ojcze..- Odrzekła Giza. Wstała i oddaliła się od ojca w stronę wejścia do wilczego leża które znajdowało się wcześniej za ich plecami. Była to duża skalna rozpadlina z której wystawała szpiczasta nachylona ku górze skała na której wcześniej stała koło ojca.
A ja nadal leżałam z głową schowaną w łapach i myślałam..... a myślałam o tym co zwykle... od jakiegoś czasu towarzyszyło mi dziwne uczucie... jakby braku czegoś.... kogoś?... nie wiedziała zbytnio co mi jest i nie dzieliłam się tym z nikim- z wyjątkiem mojej siostry. Ona rozumiała mnie najlepiej z całej watahy. Do niej zawsze mogłam pójść gdy potrzebowałam pociechy.... może jakiejś rady. Zawsze chętnie mnie wysłuchiwała i próbowała mi pomóc.Ona również mogła się do mnie zawszę o nią zwrócić i wiedziała że ją wysłucham. Ufałyśmy sobie bardzo... 
Po pewnym czasie wstałam i ze spuszczoną głową zeszłam z naszej wilczej skały. Poszłam w kierunku lasu... w moje ulubione miejsce, gdzie zawsze chętnie przebywałam. Szłam pomiędzy drzewami, skąpana ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Las powoli zamierał w ciemności wieczoru. 
Moim ulubionym miejscem była kraina rzek, jezior i wodospadów- Silverfall. Leżała ona na obrzeżach naszego terytorium, w zachodniej części lasu. Często tam przychodziłam razem z matką i siostrą kiedy byłam jeszcze szczeniakiem. Bawiłyśmy się tu, kąpały w jeziorach i rzeczkach, pływały... Ale do czasu. Moja matka została zamordowana przez wrogie stado- Blood Tear, podczas polowania. Bardzo to przeżyłam, razem z moją młodszą siostrzyczką. Ojciec poprzysiągł zemstę. Bardzo brakowało mi matki.... może to dla tego czułam ciągle głęboką pustkę w moim sercu.
Przybyłam wreszcie na miejsce. Usiadłam nad jeziorkiem, i wpatrywałam się w jego gładką, nienaruszoną taflę.


Tymczasem mój ojciec zszedł ze skały i kroczył powoli w stronę leża. Nagle nadbiegł wilk. Był to jeden ze zwiadowców z naszej watahy. Zatrzymał się przed ojcem, podniósł głowę i rzekł zdyszany:
-Panie!!!
- Co się stało?- powiedział natychmiast zmartwiony ojciec.
- Panie! Wrogie stado!- i nagle przerwał. Dyszał ze zmęczenia. Był ranny. Z jego uda kapała krew. 
-Zwiadowco!-odrzekł naglę zdenerwowany ojciec- Jak to wrogie stado?! Co się wydarzyło?!
-Panie! Wrogie stado poluje na nasze karibu przy zachodniej granicy! Zaatakowało mnie gdy byłem na zwiadach i ciężko raniło!! Cudem uszedłem z życiem! - kończąc swoją wypowiedź zwiadowca padł na ziemię zmęczony i ranny. W tej samej chwili z leża wybiegła Giza.
-Tatusiu!- krzyknęła przerażona- We wschodniej części jest kraina Silverfall! Ja tam często chodzę z Torą na spacery!
Ojciec zamarł z przerażenia. 
-TORA! TORA!- zaczął mnie nawoływać. Bezskutecznie...
-TORA! TORA!- powtórzył ojciec. I nadal nic Natychmiast wbiegł do leża.
- TORA!!!, Czy jest tu TORA?!
- Nie ma jej. -odpowiedziała Inava.- Czy coś się stało?
- Tak!- Ojciec miotał się niespokojnie. - Czy ktoś widział Torę?!
- Widziałam jak wychodziła w kierunku lasu. - odpowiedziała Clawvie.
- O nie!- odpowiedział ojciec- Wojownicy i łowcy do mnie! Inava, i reszta idziecie zemną ! Bety,omegi, opiekunka i pozostali zostają. Szaman! Zajmiesz się rannym!
Ortanus wybiegł z leża, na czele armii. Biegli szybko i zdecydowanie,w kierunku krainy Silverfall. W każdej chwili byli gotowi do walki.

Tym czasem ja nadal przebywałam nad jeziorem. Położyłam się na trawie z której natychmiast ku górze wyleciało kilkanaście niebieskich świetlików. Leżałam, z jakby otępieniem patrząc w nieruchomą gładką jak lustro taflę wody. Naglę poczułam że ziemia drży. Na tafli jeziora zaczęły pojawiać się kręgi. Podniosłam głowę. Nagę przede mną zza drzew wybiegło spłoszone stado karibu. Przerażona zerwałam się na równe nogi, odwróciłam i zaczęłam biec przed siebie. Stado karibu dogoniło mnie. Zostałam wmieszana w ich szyk. Teraz biegłam razem z nimi. Uderzenia ich twardych kopyt zadawały mi bul i raniły raz po raz. Nie mogłam się wydostać z ich szyku. Wiedziałam że jeżeli nie uda mi się wybić z ich stada zostanę stratowana. Nagle po drugiej stronie stada z krzaków wyłonił się młody wilk. Dogonił mnie i teraz biegliśmy równo- ja w szyku karibu- on poza stadem równolegle do mnie. Nagle skoczył w moim kierunku i z ogromną siłą wypchną mnie ze stada. Potoczyliśmy się na bok. Gdy zatrzymaliśmy się nagle wstałam. Zaczęłam warczeć na obcego. on również wstał.
- Hej hej, maleńka, możesz przestać na mnie warczeć, nie chcę ci nic zrobić... luzik... Nazywam się Jack a ty?
Przestałam warczeć i ogarnęłam trochę kaptur i rozczochraną grzywę które całkowicie zasłaniały moją twarz.
-Tora.- odrzekłam ogarnąwszy fryzurę.
- WooooW- powiedział Jack... teraz dokładnie zobaczył moją twarz.
- Co?!- palnęłam zdziwiona bez namysłu.
- A nie, nie, Nic... Nic... Zupełnie nic...- wykrztusił zmieszany.
W tym samym momencie nadbiegło moja wataha. Dwoje wojowników rzuciło się na Jack'a i przygwoździło do do ziemi. Ojciec natychmiast stanął pomiędzy nami. Reszta grupy utworzyła pierścień wokół nas. 
- Tora! Czy wszystko w porządku? Nic ci nie jest?- powiedział natychmiast zatroskany ojciec.
- Nieeee, tato nic mi nie jest.
- Na pewno? Martwiłem się o Ciebie!-ozwał się znowu ojciec
- Eeegrrrrrrr- wykrztusił Jack przygniatany do ziemi.
-Kto to jest?- zapytał Ortanus pokazują na mojego nowego znajomego- Czy on cię zaatakował?
- Nie... Tato wręcz przeciwnie.. on mnie uratował...
- Czy to prawda?- powiedział Ojciec zwracają się do Jack'a
- Emmm... No tak.- odpowiedział wilk.
- W takim razie puśćcie go!
Dwóch łowców wypuściło Jack'a.
- Jak ci na imię młodzieńcze?
- Jack...
- Z jakiego jesteś stada? Jaką masz rolę, I co tu robisz?
- Emmm....jestem ze stada  Fiery Ring... a jestem tu ponieważ.... moja wataha zostało zaatakowane przez wrogów z zaskoczenia.... i praktycznie zniszczona... moja rodzina zginęła... tak samo jak większość watahy. Cudem uszedłem z życiem.
- Dobrze, więc od dzisiaj,w nagrodę za uratowanie mojej córki należysz do mojego stada.- powiedział ojciec - Jakie miałeś stanowisko?
Jack schylił głowę ku ziemi i odrzekł ze wstydem
- Omega.
Tym czasem jeden z łowców krzykną:
-Panie! Znalazłem ślady obcej watahy! Polowali tu na nasze karibu!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz